Relacja Kamila Umińskiego z ME w Chorwacji

(fot. Kamil Umiński) vs. Daniel Tabera

Relacja umieszczona na stronie za zgodą autora Kamila Umińskiego

„Te Mistrzostwa Europy były kolejnymi zawodami, których nie zaliczę do udanych. Mam tylko nadzieję, że uda mi się wyciągnąć odpowiednie wnioski i pójść dalej. Po zawodach została mi akredytacja zawodnika, doświadczenie oraz cała masa wspomnień, które trudno opisać. Na początku wyjazd zapowiadał się koszmarnie. Po rezygnacji przez chłopaków z Tych z przejazdu busem (Marcin – pozdrawiam), byliśmy zmuszeni zorganizować sobie przejazd autem, którego użyczył nam Marcin Dudek (dzięki). Mieliśmy dosyć spory bagaż i przez jakieś 150 kilometrów w czasie drogi do Bielska-Białej Kongo i Łuki, którzy siedzieli z tyłu, byli cali taki zawaleni torbami, że ledwo wystawały im daszki od czapek. Gdy dojechaliśmy na miejsce, rozdzieliliśmy wszystko na dwa samochody i ruszyliśmy w dalszą drogę.


W międzyczasie okazało się, że nie ma mnie na listach startowych. Podniosłem więc mały alarm i sprawę ogarnął mi Filip z Pit Bulla oraz Przemo Gnat, któremu bardzo dziękuję za rejestrację. Ostatecznie Filip pomógł w sprawie Maćka i Marcina, których nazwisk również zabrakło na listach startowych.

Podróż przebiegła w miarę sprawnie, choć trochę męcząco. Pilotował nas Maciek, który posiadał najnowszej generacji GPS, dzięki któremu mieliśmy w drodze kilka śmiesznych akcji, jak na przykład wjazd na graniczny terminal dla ciężarówek. Heldzik też strzelał czasem popisowe akcje w stylu „trzy kółka na rondzie”. Szczyt mistrzostwa jazdy na GPSie osiągnął Maciek, wjeżdżając w czasie drogi powrotnej w jakąś wioskę, drogą pod prąd, gdzie zatrzymała nas straż graniczna z podejrzeniem, że chcemy nielegalnie przekroczyć granicę.

Do Zagrzebia dotarliśmy około południa. Po zalogowaniu się w hotelu i krótkiej drzemce postanowiliśmy wybrać się na drobne zakupy i spróbować lokalnej kuchni. W restauracji, która wyglądała na tradycyjną, kelner polecił nam specjał, coś co nazywało się „szełerma” (negocjowali Heldzik i Łuki). Ja spodziewałem się jakichś bałkańskich mięsnych przysmaków, zresztą jak wszyscy. Wielkie było nasze zdziwienie, gdy na stół wjechały po prostu gołąbki z ziemniakami. Ale było w miarę smaczne, więc chłopakom wybaczyliśmy. Po powrocie do hotelu, pooglądaliśmy trochę telenowel chorwackich, dyskutując o tym, kto jest lepszy – Mr Propan czy Ewelina Flinta.

Na halę dotarliśmy koło 11 rano po sporych poszukiwaniach tego obiektu, oczywiście znowu na GPS. W czasie tłumaczenia zasad przez organizatorów okazało się, że jednak można bezkarnie wciągać do gardy w pierwszej połowie walki. Czas walk eliminacyjnych wynosił 8 minut, a finałów 10. Wszystko rozgrywało się na trzech matach. Pierwsi walczyli Maciek i Marcin. Mieli walki w tym samym czasie i obaj szybko je wygrali. Maciek balachą, a Marcin kluczem na stopę. Następnie walczył Łuki, który nie sprostał przede wszystkim doświadczeniu swojego przeciwnika, bo technicznie wcale mu nie ustępował. W czasie gdy swoją pierwsza walkę miał Zybi, zostałem wezwany na ważenie. Tam, jak się okazało, mój pierwszy przeciwnik nie miał wagi, za co został zdyskwalifikowany i dzięki temu miałem w pierwszej walce wolny los. W drugiej walce Marcin zmierzył się z Nicolasem Renierem, którego zrobił w niecałe 1,5 minuty kluczem na stopę. Swoje szybkie zwycięstwo wyjaśnił tym, że chciał pooglądać walczącego w tym samym czasie Maćka:) W końcu przyszedł czas i na mnie. Pierwszą walkę miałem ze znanym z KSW Danielem Taberą. Udało mi się „chapnąć” jego nogę i w jakieś półtorej minuty zakończyć walkę. Po niej podniósł się krzyk na sali, że w turnieju walczy Radek Turek (miałem na sobie raszgard Radka). Szybko uspokoiłem tłum, że ja to nie Radek i że jestem jego uczniem. Zaraz po mnie walczył Kongo, który „rozpykał” bardzo ładnie taktycznie swojego przeciwnika, narzucając swój plan gry. W międzyczasie swoją walkę wygrał też Mateusz Juskowiak, który mimo trudnego początku walki narzucił swoje tempo i zdobył miażdżącą przewagę nad przeciwnikiem.

Moja następna walka to był jakiś koszmar z najgorszych snów. Zamiast walczyć, po prostu zacząłem się luźno kulać z moim przeciwnikiem, który w przeciwieństwie do mnie traktował walkę serio. Dawałem dochodzić mu do trudnej dla mnie sytuacji i wychodziłem z niej, zajmując dobre dla mnie pozycję. Wymyśliłem sobie, że pozwolę zapiąć sobie trókąt i w ten sposób przechodzić gardę. Niestety cały „misterny plan” poszedł w piz…, gdy okazało się, że mój przeciwnik ma zbyt mocne nogi i z tego trójkąta nie da się wyjść. Pozostał tylko żal.

Zaraz po mnie na tej samej macie walczył Kongo z Andreasem Olsonem, zwycięzcą ME w 2009 roku. Bardzo dobrze realizował plan taktyczny, nie wiążąc się w z przeciwnikiem. W pewnym momencie, gdy Kongo znalazł się w żółwiu, Olson zdecydowanie zaatakował, splątując swoje nogi z nogami Konga. Nieszczęśliwie dla siebie Olson jakoś niefortunnie skrzywił kolano i halę przeszedł jakby trzask łamanej gałęzi. Jak to Kongo powiedział po walce: „farcik bo farcik, ale jedziemy dalej”. W naszych oczach, kasując kolano „łamaczowi kolan”, Tomek został mistrzem poddań tego turnieju W półfinale bardzo ładnie stawił czoła mocnemu Timo Karttunenowi, narzucił swój styl i zdobył punkty dzięki sprowadzeniom.

W półfinale swojej kategorii świetnie też zagrał Marcin, tocząc niezwykle wyrównaną walkę z Jorgem Brito, czarnym pasem z Kanady. Przegrał decyzją, choć moim zdaniem wcale nie był mniej aktywny w tej walce. Z Brito w finale zmierzył się Maciek Polok. Walka była bardzo zacięta i jeden punkt, jaki stracił Maciek (za to, że usiadł na początku walki) okazał się decydujący. W samej końcówce wpiął się przeciwnikowi za plecy i nawet zapiął duszenie, ale zabrakło dosłownie sekundy, aby zaliczyć regulaminowe 3 sekundy stabilizacji pozycji. W ten sposób Polok przegrał udział w ADCC Worlds o jedną sekundę.

Finał kategorii –65,9 kg to powtórka z 2009 roku. Tym razem Forsell okazał się lepszy, choć walka była bardzo wyrównana. Hirvikangasowi nie weszły skrętówki, choć raz było bardzo blisko.
–87,9 kg to po prostu poezja ruchu Lindena i „akcje zakłócające” Helena. Bardzo żywa i ekscytująca potyczka. Linden, który był cały czas w ataku, przegrał przede wszystkim ze swoją kondycją i w drugiej dogrywce po prostu nie miał siły na dalszą walkę. W ten sposób Helen zdobył punkty za sprowadzenie i przejście gardy.
W kategorii –98,9 kg nasz kolega Tomek nie dawał szans swojemu rywalowi, po prostu ośmieszając go swoimi sprowadzeniami. Niestety w ostatniej minucie postanowił bronić się żółwiem, co kosztowało go stratę 6 punktów, a ostatecznie zwycięstwa w turnieju i co za tym idzie, startu w ADCC Worlds.
W finale +98,9 kg nasz rodak Mateusz Juskowiak bił się z Janne-Pekka Pietilainenem. Niestety nie dał rady jego technice i doświadczeniu, biorąc jednak pod uwagę cały turniej, pokazał się z bardzo dobrej strony i dał super emocjonujące walki, szczególnie w starciu z bardzo ciężkim (ok. 140 kg) chorwackim zapaśnikiem.

Podsumowując całe zawody, mogę powiedzieć, że przebiegły bardzo sprawnie. Wszystko odbyło się zgodnie z założonym planem i bez zbędnych utrudnień. Sam nie wiem, co mam sądzić o kontroli wagi przed walką. Ja musiałem zbijać ok. pół kilograma, lecz kilku zawodników z mojej kategorii zostało zdyskwalifikowanych za przekroczenie limitu (chyba trzech). Bardzo fajny był udział bębniarzy w finałowych walkach, którzy zmieniali rytm swojej gry adekwatnie do tempa walki.  Najgorsze w tym wszystkim jest to, że moja kategoria wagowa była, jak mi się zdaje, do wygrania dla mnie, zabrakło mi jednak tak zwanego „rozumu”, aby to wygrać. Chociaż co mogą w tej sytuacji powiedzieć Maciek i Kongo, którzy byli o krok od turnieju finałowego. Bardzo chciałbym podziękować chłopakom z klubu oraz trenerom za to, że pomogli mi finansowo w tym wyjeździe. Ten bardzo miły gest z ich strony pozwolił mi na rywalizację z czołówką Europy. Być może nie spełniłem ich oczekiwań, ale zyskałem cenne doświadczenie, które za jakiś czas na pewno zaprocentuje. Dziękuję Przemkowi Gnatowi za ogarnięcie mojej rejestracji, bo sam nie miałem czasu i realnych umiejętności, żeby to załatwić, firmie Pit Bull i Mmaniak.pl za ciuchy do walki i nie tylko, a także Marcinowi Dudkowi z logistyczne ogarnianie wyjazdu i użyczenie swojej fury.

Bardzo fajnie było podróżować i walczyć w towarzystwie takich ludzi jak Zybi, Łuki, Kongo, Maciek i Marcin. Przeżywać ich zwycięstwa, a także niestety smutek porażek, to było dla mnie naprawdę ważne. Mam nadzieję, że każdy z nas zajdzie dużo dalej, a te zawody będą tylko doświadczeniem po drodze. „Kuna, kuna, kuna, kuna … i nie ma kuny”. Panowie dostarczyliście mi wspomnień, które będę przeżywał do grobowej deski.”

5 thoughts on “Relacja Kamila Umińskiego z ME w Chorwacji

  1. jeżeli bierzecie od grapplerinfo.pl artykuł to należy źródło dopisać, prawda? a 2 sprawa przed jakimkolwiek opublikowaniem naszego materiału prosze o kontakt … bo my z waszych materiałów nie korzystamy

  2. o widze walka o kontent 🙂 osobiscie uwazam ze fight24, mmarocks.pl i grapplerinfo.pl to zajebiste serwisy, ale te dwa ostatnio sa bardzo dobrze stargetowane, „wyprofilowane” mmarocks traktuja tylko i wylacznie o mma, rzadko teraz znajdziemy info z innych sportów walki, grappler tylko sporty chwytane i mma ale pod pryzmatem grraplingu i przedstawicieli tego stylu w mma. U was z poczatku traktowałem serwis jako wiadomosci k1 i mma, a teraz widze wrzucacie kontent jak leci.. szkoda bo kiedys wiecej było sportów uderzanych, ogarniajcie analogicznie jak chlopaki z grapplerinfo stójka aspekcie mma…

  3. kam_mas: jeżeli bierzecie od grapplerinfo.pl artykuł to należy źródło dopisać, prawda? a 2 sprawa przed jakimkolwiek opublikowaniem naszego materiału prosze o kontakt … bo my z waszych materiałów nie korzystamy

    kam_mas relacja jest na waszej stronie i tego nikt nie neguje ,ale relację ta napisał Kamil i jest to JEGO relacja i on sam pozwolił nam z niej skorzystać co wyraźnie jest zaznaczone 🙂 gdybyśmy nie mieli takowego „umocowania” to ofc podalibyśmy źródło gdyż ZAWSZE to robimy ,jedyne wątpliwości mieliśmy co do fot bo nie dopytaliśmy czy to jego foty choć podejrzewam iż tak ,ale jeśli sie myle to napisz to prosze a my wtedy napewno je podpiszemy odpowiednio 🙂 pozdrawiam

    pawel szymon: o widze walka o kontent osobiscie uwazam ze fight24, mmarocks.pl i grapplerinfo.pl to zajebiste serwisy, ale te dwa ostatnio sa bardzo dobrze stargetowane, “wyprofilowane” mmarocks traktuja tylko i wylacznie o mma, rzadko teraz znajdziemy info z innych sportów walki, grappler tylko sporty chwytane i mma ale pod pryzmatem grraplingu i przedstawicieli tego stylu w mma. U was z poczatku traktowałem serwis jako wiadomosci k1 i mma, a teraz widze wrzucacie kontent jak leci.. szkoda bo kiedys wiecej było sportów uderzanych, ogarniajcie analogicznie jak chlopaki z grapplerinfo stójka aspekcie mma…

    Żadnej walki tu niema :-)!A co do uwag to ofc analizujemy takie opinie i bardzo zanie dziękujemy gdyż pokazuja nam one co możemy jeszcze ulepszyć

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *